niedziela, 1 sierpnia 2010

Zaangażowane społecznie słoiki

Wpadła mi w ręce książka Ann Oakley "The Sociology of Housework", w której opisuje stany duszy irlandzkich gospodyń domowych pod koniec lat 60-tych. Ogólny morał jest taki, że praca kobiet w domu jest niedoceniana, ciężka, nieprestiżowa, monotonna i wywołująca w niektórych przypadkach zaburzenia psychiczne. Brzmi znajomo?.. Dla mnie tak. Te badania są w przerażający sposób jakby nadal aktualne.

Żeby nie było, spora grupa badanych deklaruje satysfakcję ze swojej pracy.

Skłoniła mnie ta lektura do wykonania zawieszek na słoiki z przetworami. Z jednej strony jest napisane, co to za przetwór, a z drugiej jest niby-scrap. Nie jest to moja forma wyrazu:) , ale czasami kusi, by popróbować. Nawet bagatelizując taki drobiazg, jak kompozycja:P Użyłam wypowiedzi z badań metodą: dokończ zdanie - Jestem... (anglogęzycznym otwiera to też drogę do powiedzenia czegoś w czasie teraźniejszym, "idę do sklepu" jest uroczym tego przykładem)

W założeniu miało być super minimalistycznie:


...ale potem skusiły mnie koronki, kwiatki i ogólnie różne kobiece fatałaszki - chciałam nawiązać do mody na bielenie, koroneczki, guziczki i pseudobabciowość. W końcu to jedno z obliczy bardzo wielotwarzej, współczesnej, polskiej gospodyni domowej.





Wreszcie totalny chaos:



Wyobrażam sobie, że przetwory wyjadą z takim czymś na stół. Ciekawe, jak goście to skomentują i czy w ogóle coś powiedzą.
Sama uważam, że problem jest naprawdę poważny.

Moja prababcia każde lato spędzała w gorącej kuchni, szykując hurtowe ilości przetworów. Dzień po dniu, upał nie upał, w domu lub na wyjeździe (tam też znajdowała sobie kuchnię do gotowania). Najwyraźniej tak rozumiała swoją rolę. Założę się, że jak każda chyba dziewczyna wolałaby popływać, pójść do lasu.

Badania A.Oakley będą chyba zawsze aktualne, bo zawsze będzie do wykonania ten rodzaj pracy, zwanej hucznie "prowadzeniem domu" - żmudne, monotonne i czasochłonne czynności, wykonywane najczęściej na akord i w najwyższym stopniu nietrwałe. W hałasie i przy kontakcie z chemikaliami. Czyż taka praca nie powinna być otoczona, delikatnie mówiąc, sporym szacunkiem? Czy nie powinien ją wykonywać każdy, kto chce korzystać z uporządkowanej tak przestrzeni?

środa, 21 lipca 2010

Pierwszy wypał!

Zanim na zajęciach z ceramiki stworzyłam takie ufo... (które jeszcze w tym poście się pojawi)...

...skleciłam pierwszy w życiu twór. Nie bardzo wiedziałam zaczynając, co to może być, po prostu było to ćwiczenie, które przeobraziło się w wazon. Bo nie miałam żadnego (dacie wiarę), a trzeba było "formę" jakoś ukierunkować, by nie zmarnowało się tyle dłubania.


Mokra forma, będzie schnąć wiele dni i czekać na wypalenie.
Jak widzicie, zajęcia odbywają się w ślicznej i autentycznej średniowiecznej piwnicy, zapleśniałej i wilgotnej. Bardzo jest tam fajnie:)))

Zastanawiałam się wiele razy, czy by nie połączyć moje dwa blogi. Inspiracje mojej tfffurczości tak ściśle wiążą się z Wrocławiem, że czasem nie wiem, który post dać gdzie. Tym razem też tak jest; cieszę się, że mogę pełna dumy i zadęcia pokazać Wam tą piwniczkę pod samym centrum.

Wypalone cudo:
...i już poszklone (to wymaga kolejnego wypalenia - w ogóle cały proces strasznie długo trwa, ma to swój urok). Tak wygląda źle poszklony:) szamocik - rodzaj gliny z mnóstwem małych kamyczków w środku.

Uwaga, artystyczne zdjęcie - trzy warstwy: kwiaty, szamot, "perliczka"...

"Perliczką" nazwałam powierzchnię wewnątrz innej miseczki, na której na białe szkliwo napryskały kropelki zielonego. Bo szkli się tak, że najpierw np. białym w środku, wypełniając miskę po brzegi szkliwem i tak przez chwilę trzymając - niesamowite uczucie, gdy to jakby mleko osadza się wyraźnie coraz grubsza warstwą - a potem michę do góry dnem ustawia się na dwóch deskach nad miską i polewa z góry np. zielonym. I wtedy kropelki mogą odbić się od powierzchni spływającego do miski szkliwa i popryskać białe już wnętrze, co oczywiście mi się stało.
Ale spoko, podoba mi się.




Ufo ma na dole dziury, bo to nie koniec - coś tam jeszcze będzie.
Pozdrawiam Was pogodnie, Czytelnicy, i naprawdę zachęcam do zabawy w ceramikę. Bardzo upierdliwe, bardzo terapeutyczne, bardzo nieprzewidywalne:))))
Tylu jeszcze rzeczy chcę się w tej kwestii nauczyć.

środa, 30 czerwca 2010

W takich warunkach powstają moje prace


A także prace przez duże pe, obiady, mejkapy, porządki.

Ciekawe i godne socjologa jest to, że siły kraftowe tłumione mniej lub bardziej od czasów ZPT wybuchają w ludziach, gdy pojawiają się ich dzieci (tj. w ludziach-kobietach, nie wiem, jak z tatami - nie zaobserwowałam).

Czy jest to wywołane brakiem możliwości wykonywania wówczas większych projektów, czy powtarzalność czynności i nietrwałość ich skutków prowadzi do obrony - skanalizowania kreatywności gdzie indziej, czy po prostu jest to znana od wieków najtańsza psychoterapia, tak w owych latach potrzebna:), czy bunt wobec plastikowych, hałasujących zabawek, czy wszystko razem - fachowcom oceniać.

Pozdrawiam wszystkich kraftujących dla spokoju, czy to rodziców, czy nie.
Nie dajmy się!
Kraftujmy w miejscach publicznych!
Wymianiajmy się sprzętem i materiałem!

czwartek, 27 maja 2010

Krokodyle

Kompletne szaleństwo, krokodyle są wszędzie, robię je w tempie jeden dziennie, różne fakturki, różne odcienie zieleni.
Najpierw był prototypowy dla starszego synka, potem drugi dla młodszego, bo starszy nie chciał mu pożyczać i mieć potem zaplutego, potem znajome dzieci... Robienie krokodyli jest bardzo terapeutyczne:)), jak każda robótka zresztą... nadmiar rośnie, puszczam go dziś w świat na Bazarku Handmade. Wkrótce je (i inne moje prace) będzie można też nabyć w dwóch sympatycznych miejscach w realu, we Wrocławiu, a będą to krokodyle charytatywne (nie omieszkam dać znać co i jak).
Obłęd krokodylowy:



Fakturka:

Łapci:








wtorek, 18 maja 2010

Czy wspominałam, że chodzę na ceramikę?

Małe warzywa, cebule mają 1 - 1,5 cm. Tu są już wypalone na biskwit.



Pani od ceramiki odradziła mi szkliwienie, bo tak sobie to pierwotnie wyobrażałam, i pomalowałam warzywa zwykłymi farbami akrylowymi, a potem bezbarwnym lakierem do paznokci. Bardzo lubię takie proste rozwiązania.

Niektóre jajka pociągnęłam tylko lakierem, kolor biskwitu odpowiada kolorowi beżowych jajek.



Chodzi mi po głowie pomysł stworzenia z czasem całego sklepu spożywczego, albo spożywczo - ogólnorozwojowego, z przedwojennym sznytem. Skrzynki, kosze, beczki, inne pojemniki na parterze drewnianego domu dla lalek ze zdjęta przednią ścianą. Na piętrze mieszkanie właścicieli. U drzwi dzwoneczek.

środa, 28 kwietnia 2010

piątek, 26 marca 2010

Dobra wiadomość

Klej Magic łączy również tkaninę ze szkłem.