środa, 28 kwietnia 2010
piątek, 26 marca 2010
sobota, 20 marca 2010
Mały tutorial - jak na kilku drutach zrobić rurę
Czyli np. rękaw bez szwu, getry, wstęp do skarpetki...
Jak większość rękodzielniczych rzeczy okazało się to banalne, tylko KTOŚ MUSIAŁ POKAZAĆ. Popstrykałam więc fotki. Zostało mi pokazane, może komuś się teraz przyda. Mam nadzieję, że zdjęcia są wystarczająco łopatologiczne.
Trzeba mieć tzw. druty do robienia skarpet, kupuje się je po 5 w opakowaniu, można robić przy pomocy wszystkich pięciu albo tylko czterech, jak ja tutaj. W Lidlu są akurat teraz za ok. 4 zł, w sklepach widziałam za 7, za 12...
Zaczynamy. Najpierw nabieramy ileś tam oczek. Ja nabrałam tylko 10, bo chciałam mieć małą rurkę. (Osobiście zaczynając dzieło na drutach robię łańcuszek szydełkiem, potem wkładam drut w oczka. Wychodzi równiutko:P Jeśli ktoś nabiera oczka metodą klasyczną, powinien przerobić sobie najpierw jeden rządek normalnie.)
Teraz bierzemy drugi drut i zaczynamy robić, jakby nigdy nic.
Po przerobieniu ok. 1/3 - nie musi być idealnie równo, ja jak widać przerobiłam trzy - bierzemy TRZECI drut i robimy kolejną 1/3. Drugi drut zwisa sobie spokojnie, nie przeszkadza.
Otrzymujemy takie coś:
Resztę, jak łatwo się domyślić, przerabiamy kolejnym, CZWARTYM drutem i mamy takie coś jak na zdjęciu poniżej. Jeden drut nam się zwolnił.
Teraz następuje najbardziej dramatyczny moment, decydujący o wszystkim. Układamy sobie robótkę tak, by zamknąć okrąg, innymi słowy: by pierwsze oczko było blisko ostatniego:
...w to pierwsze wkładamy zwolniony dopiero co drut i przerabiamy normalnie te trzy:

Zwolni nam się kolejny drut, którym przerabiamy analogicznie następną dawkę oczek. I tak ciągle. Pod drutami zaczyna nam wyrastać RURKA.
Jeśli ktoś załapał, zwężanie i rozszerzanie oraz dzierganie jakimś wzorem - ściągaczem, ryżem - nie jest żadnym problemem.
Oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa, wpadłam w nałóg. W najbliższym poście pokażę, co mi się uda zdziałać.
Trzeba mieć tzw. druty do robienia skarpet, kupuje się je po 5 w opakowaniu, można robić przy pomocy wszystkich pięciu albo tylko czterech, jak ja tutaj. W Lidlu są akurat teraz za ok. 4 zł, w sklepach widziałam za 7, za 12...
Zaczynamy. Najpierw nabieramy ileś tam oczek. Ja nabrałam tylko 10, bo chciałam mieć małą rurkę. (Osobiście zaczynając dzieło na drutach robię łańcuszek szydełkiem, potem wkładam drut w oczka. Wychodzi równiutko:P Jeśli ktoś nabiera oczka metodą klasyczną, powinien przerobić sobie najpierw jeden rządek normalnie.)
Zwolni nam się kolejny drut, którym przerabiamy analogicznie następną dawkę oczek. I tak ciągle. Pod drutami zaczyna nam wyrastać RURKA.
Jeśli ktoś załapał, zwężanie i rozszerzanie oraz dzierganie jakimś wzorem - ściągaczem, ryżem - nie jest żadnym problemem.
Oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa, wpadłam w nałóg. W najbliższym poście pokażę, co mi się uda zdziałać.
poniedziałek, 15 marca 2010
Zainspirowana, zaskoczona
Troszkę inspiracji dzisiaj.
Trafiłam na książkę dla dzieci Jana Twardowskiego i pożyczyłam ją ze względu na wspaniałą oprawę graficzną. Teksty ilustrują pacynki z pracowni Hanny Kośmickiej, niestety - dla mnie - pracownia ta znajduje się aż w Gdańsku. Artystka projektuje pacynki (do ubrania na łapę) i malutkie palcynki.
Postaci mają wyraźną osobowość, są współczesnymi ludźmi, jakich widzimy na ulicy. Osiągnięte jest to za pomocą stosunkowo prostych środków, króluje pomysł i obserwacja świata, jak sądzę.
Książka trafiła na moją listę "do kupienia", jak i dwie pacynki ze sklepu pani Kośmickiej... Może zrobię kiedyś zainspirowane jej twórczością laleczki do użytku domowego. Projekt TEATR mam już od dłuższego czasu w głowie (zrobienie teatrzyku dla synka, jak zakuma o co chodzi, wyprawa do prawdziwego), gorzej z realizacją.
Najbardziej zaintrygowała mnie postać dziewczyny w swetrze. Tu siedzi z kolegą i czyta Byrona po francusku (!?), udając najwyraźniej, że to jakieś fajne, stare wydanie Biblii:)
Jest i Pippilotta, i sporo osób innych ras (nie pokazałam Eskomosów i Azjatów), i palcynka - uboga z dziewiętnastowiecznej powieści:





Nie przepadam za tekstami ks. Twardowskiego dla dzieci. W przeciwieństwie do wierszy "dla dorosłych", prostych i skondensowanych niczym haiku, te są okropnie przegadane i chaotyczne. Za dużo też w nich, jak na moje słabe nerwy, udręczonych noszeniem siatek (sic!) mam, które trzeba całować w rękę; dobrych uczynków polegających na podaniu babci okularów, jak i zwykłego księżowskiego ględzienia. Dlaczego? Brak szacunku dla małego adresata wykluczam całkowicie. Traktuję to jako swoiste signum temporis - ksiądz miał swoje lata i patrzył z ich perspektywy.
Przypadkowo trafiłam na artykuł o jego mieszkaniu okraszony rewelacyjnymi wierszami dla dorosłych. Okazuje się, że było pełne kolorowych bibelotów, figurek, niekiedy naprawdę ładnych, ale ich ilość uniemożliwiłaby mi korzystanie z pokoju... Zaskoczyło mnie to. Spodziewałam się raczej ascetycznej celi, ha ha ha... Z tego co zrozumiałam, można je zwiedzać. Nie omieszkam.
Ten "uparty osiołek" jest do mnie bardzo podobny, choć nie ten kolor włosów...:)
Trafiłam na książkę dla dzieci Jana Twardowskiego i pożyczyłam ją ze względu na wspaniałą oprawę graficzną. Teksty ilustrują pacynki z pracowni Hanny Kośmickiej, niestety - dla mnie - pracownia ta znajduje się aż w Gdańsku. Artystka projektuje pacynki (do ubrania na łapę) i malutkie palcynki.
Postaci mają wyraźną osobowość, są współczesnymi ludźmi, jakich widzimy na ulicy. Osiągnięte jest to za pomocą stosunkowo prostych środków, króluje pomysł i obserwacja świata, jak sądzę.
Książka trafiła na moją listę "do kupienia", jak i dwie pacynki ze sklepu pani Kośmickiej... Może zrobię kiedyś zainspirowane jej twórczością laleczki do użytku domowego. Projekt TEATR mam już od dłuższego czasu w głowie (zrobienie teatrzyku dla synka, jak zakuma o co chodzi, wyprawa do prawdziwego), gorzej z realizacją.
Najbardziej zaintrygowała mnie postać dziewczyny w swetrze. Tu siedzi z kolegą i czyta Byrona po francusku (!?), udając najwyraźniej, że to jakieś fajne, stare wydanie Biblii:)
Przypadkowo trafiłam na artykuł o jego mieszkaniu okraszony rewelacyjnymi wierszami dla dorosłych. Okazuje się, że było pełne kolorowych bibelotów, figurek, niekiedy naprawdę ładnych, ale ich ilość uniemożliwiłaby mi korzystanie z pokoju... Zaskoczyło mnie to. Spodziewałam się raczej ascetycznej celi, ha ha ha... Z tego co zrozumiałam, można je zwiedzać. Nie omieszkam.
czwartek, 25 lutego 2010
Kto zamordował myszę?
piątek, 5 lutego 2010
Recykling
Wzięło mnie na recykling wszystkiego, jestem przerażona ilością śmieci, jakie produkuję i tym podobne ekologiczne bla bla bla. Najbardziej mnie dobija ilość produkowanych beznadziejnych towarów, przejście przez market stało się traumatyczne, te obleśne ciuchy, które zniszczą się po dwóch praniach, ale i tak ktoś kupi... przy tym abstrakcyjne do śmieszności ceny rzeczy dobrych jakościowo... i dalej w tym stylu...
Posiadałam worek straszliwych rzeczy, danych mi w najlepszej wierze dla dziecka. Były tam znoszone na amen różowości po siedmioletniej dziewczynce (mój ma niecałe 3), makabryczne nadruki na sztucznych tkaninach (dla dziecka kurde musi być kolorowo), rajtki na szerokość noworodka, ale za to z długością nóg trzylatka, gryzące dzianinowe kamizelki.
Wstyd mi było oddać to do kontenera PCK.
Pocięłam większość na jak najdłuższe paseczki, kilka rzeczy odłożyłam do zrobienia z nich maskotek, tak powstające sznurki wrzucałam do wielkiego garnka a potem wiązałam, aż powstała wesoła KULA:

Próbowałam ją potraktować najgrubszymi drutami, jakie mam, ale efekt nie bardzo mi się podobał. Spróbowałam jak na szydełku. tylko że palcami:)
I wyszedł dywanik 0,5 x o,5 m,
mięsisty, rozciągliwy:
Bardzo przyjemnie się po nim chodzi lub używa jako poduszki, maty do zabawy:)
Posiadałam worek straszliwych rzeczy, danych mi w najlepszej wierze dla dziecka. Były tam znoszone na amen różowości po siedmioletniej dziewczynce (mój ma niecałe 3), makabryczne nadruki na sztucznych tkaninach (dla dziecka kurde musi być kolorowo), rajtki na szerokość noworodka, ale za to z długością nóg trzylatka, gryzące dzianinowe kamizelki.
Wstyd mi było oddać to do kontenera PCK.
Pocięłam większość na jak najdłuższe paseczki, kilka rzeczy odłożyłam do zrobienia z nich maskotek, tak powstające sznurki wrzucałam do wielkiego garnka a potem wiązałam, aż powstała wesoła KULA:
piątek, 22 stycznia 2010
Trzeba zrobić coś tildowatego
Miluszka podjęła się wspaniałej akcji - po wizycie w Domu Dziecka, gdzie bawiła się z dzieciakami, i po doświadczeniu, jak bardzo potrzebują mieć coś swojego (bo tam jak w komunie, wszystko jest wspólne - tj. UBRANIA, ZABAWKI) postanowiła skombinować dla każdego dzieciaka hendmejdniętą zabawkę tylko dla niego. Nie trafi ona do wspólnego pudła. To jest naprawdę coś.
Opis tej wizyty znajdziecie na podlinkowanym blogu Miluszki.
Trzeba zrobić coś tildowatego, robię dwie myszy. Nie przepadam za dizajnem Tildy, ale jak tylko zdałam sobie z tego sprawę poczułam, że trzeba będzie kiedyś coś takiego zrobić w ramach wyzwania:] A tu akurat taka okazja.

Szyję z głowy, 100% ręcznie, więc robię w strategicznych miejscach podwójne szwy, by zabawka była pralna i nie zniszczyła się, jeśli dostanie się jej duża porcja czyjegoś uczucia. Staram się, by był to unisex.
Robiąc pokazane na tym blogu rzeczy mam często konkretne całkiem wyrzuty sumienia, że zajmuję się pierdołami. Tłumaczę się przed sobą tak, że to rodzaj odskoczni, terapii. Ten projekt pozwala na wyzbycie się wszelkich myśli o stracie czasu:)
I jeszcze pozwolę sobie na trochę kiczowatej prywaty. Zdjęcie pstrykałam na łóżku mojego synka, obok leży jego piżamka i jeszcze co gorsza komponuje się kolorystycznie z myszą... Oba synki są fajne i kochane przez wiele osób. Żyję w nie najgorszych warunkach, otoczona życzliwymi ludźmi, mam SWOJE przedmioty, niektóre nawet całkiem zbędne. Żyję w stworzonym przez siebie małym światku, przyjaznym, pełnym kawy, książek i zapowiedzi miłych spotkań. Jestem zdrowa. Obok, na ulicy, dzieją się choroby, niechciane ciąże, rozbite rodziny, dyskryminacja ze względu na tysiąc rzeczy. Łatwo mi stać z boku i pomagać np. szyjąc myszkę na tle pięknego widoku z okna.
A skoro łatwo, powinnam tego robić więcej.
Opis tej wizyty znajdziecie na podlinkowanym blogu Miluszki.
Trzeba zrobić coś tildowatego, robię dwie myszy. Nie przepadam za dizajnem Tildy, ale jak tylko zdałam sobie z tego sprawę poczułam, że trzeba będzie kiedyś coś takiego zrobić w ramach wyzwania:] A tu akurat taka okazja.
Robiąc pokazane na tym blogu rzeczy mam często konkretne całkiem wyrzuty sumienia, że zajmuję się pierdołami. Tłumaczę się przed sobą tak, że to rodzaj odskoczni, terapii. Ten projekt pozwala na wyzbycie się wszelkich myśli o stracie czasu:)
I jeszcze pozwolę sobie na trochę kiczowatej prywaty. Zdjęcie pstrykałam na łóżku mojego synka, obok leży jego piżamka i jeszcze co gorsza komponuje się kolorystycznie z myszą... Oba synki są fajne i kochane przez wiele osób. Żyję w nie najgorszych warunkach, otoczona życzliwymi ludźmi, mam SWOJE przedmioty, niektóre nawet całkiem zbędne. Żyję w stworzonym przez siebie małym światku, przyjaznym, pełnym kawy, książek i zapowiedzi miłych spotkań. Jestem zdrowa. Obok, na ulicy, dzieją się choroby, niechciane ciąże, rozbite rodziny, dyskryminacja ze względu na tysiąc rzeczy. Łatwo mi stać z boku i pomagać np. szyjąc myszkę na tle pięknego widoku z okna.
A skoro łatwo, powinnam tego robić więcej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)