Przebojem dzisiejszego posta jest mydło Biały Jeleń, które bardzo lubię za brak dyrdymałów - mydło to ma być po prostu mydło (byle delikatne). Zainspirowałam się mocno wątkiem kosmetyki naturalnej na blogu
Svei i zadziałałam tak:
Jeleń trze się łatwo, szybko i przyjemnie, potarty wygląda zachęcającoWprowadziłam pewną zmianę do przepisu
Svei - ona potartego na grubej tarce Jelenia topiła w kąpieli wodnej, zaznaczyła też, że to strasznie długo trwa. Ja dodawałam do strużyn wrzątku i babrałam to widelcem. Absolutnie nie miałam nastroju na siedzenie w kuchni i mieszanie, chciałam się dobrze bawić, mieć efekt natychmiast! I w ogóle byłam bardzo 'results oriented'.
Pozostały kawałeczki Jelenia wielkości płatków owsianych, ale nie przeszkadzało mi to. Jakby przelecieć to jeszcze blenderem, byłoby homogeniczniej, ale mi się nie chciało. Taka ciapa była bazą do dalszych wyczynów.
Najpierw zrobiłam cynamon + kardamon. Jeden Biały Jeleń, wlałam do niego może 1/4 szklanki wrzątku i hojnie cynamonu (ponad pół sklepowej torebki), i równie konkretnie kardamonu, którego mam sporo. Wymieszałam widelcem. Zaczęły się pojawiać gluty, jak to przy cynamonie, co można zaobserwować robiąc grzańca. Ale nic, mieszałam dalej i zaraz zaczęło b. korzystnie zastygać. Pięknie dało się zapakować w foremki - ładowałam masę do gumowych foremek do lodu, aby było łatwiej wycisnąć niż ze sztywnych. Reszty starczyło na dwie kule, dały się łatwo ulepić i schły w łapkach. Super.

Zachęcona tak łatwym sukcesem wymyśliłam większego hardcora - rumianek z miodem i płatkami owsianymi. Rozcięłam może z 5 torebek aptecznego rumianku i zalałam jak najmniejszą ilością wrzątku. Jak się zaparzyło, chlup do kolejnego Białego Jelenia, przechyliłam ze słoika miodu -wleciały ze trzy, cztery łyżki , potem wszystko widelcem i płatki owsiane. Po chwili dolałam niestety za dużo wody i powstała ciapa, która poszła w foremki, ale lepić z reszty można było dopiero następnego dnia rano... Co jakiś czas sobie zamieszałam w opornie tężejącej ciapie.

Oczywiście zaletą wariantu Svei jest to, że przy topieniu temperaturą nie potrzebujemy dodawać wody, która potem musi wyparować i nie wiadomo, jak to zrobi. Może zrobić to jak ze zbyt szybko suszonej gliny - zostawić szpary i mydło popęka. Tak zrobiły moje kardamonowe kule.
Potem były inne próby, np. malina plus lipa(torebki Herbapolu), kawa... ale wyszło coś okropnego... Musiałam wywalić... Zostały mi dwie opisane wyżej kombinacje. Pachną głównie Jeleniem, choć z czasem nabierają zapachu innych składników.


Morał z tej historii jest taki: SŁUCHAĆ SVEI!!!!!! Jak coś będziecie wg jej przepisów robić, trzeba wykonywać punkt po punkcie i już!!!!!!
...Wypróbowałam też maseczkę miodowo-owsianą wg jej propozycji - jest rewelacyjna. Z obolałej i przemęczonej gęby zrobiła mi po jednym zastosowaniu śliczną buziuchnę. Ale znowu nie posłuchałam Svei i znowu okazało się, że ma rację - maseczka faktycznie spływa i jest WSZĘDZIE, jeśli się nie siedzi w wannie czy coś.
Zmodyfikowane mydełka w niewyszukanym niestety opakowaniu (wena się ajwyraźniej skończyła) zostały też prezentem, który się spodobał:)DZIĘKUJĘ, SVEA! :*